• Wszystkich wizyt: 31208
  • Dzisiaj wizyt: 1
  • Wszystkich komentarzy: 293

Kategorie

Październik 2017
P W Ś C P S N
« sie    
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031  

Mięśniak i Calineczka

Kiedy zobaczyłam go pierwszy raz oceniłam, że myślenie nie jest jego głównym zajęciem. Bardzo wysoki i „napakowany”, koncentrował się głównie na własnej kondycji i imprezowaniu, a przy tym ten czerstwy kolor jego policzków… nie kojarzył mi się ani z wyrafinowaniem ani z subtelnością uczuć.

Na jednej z imprez spotkał ją – Calineczkę, drobną i kruchą.. Wydawała się taka śliczna, bezradna i delikatna, że dresiarz poczuł, że musi się nią zaopiekować. Było to zaskakujące dla wszystkich, a zwłaszcza dla niego samego, bo do tej pory traktował dziewczyny jak przedmioty jednorazowego użytku…
Była pierwszą osobą,która wzbudziła w nim czułość, jakiej sam się po sobie nie spodziewał.
Pokochał jej synka i życie z nią, a jakiś czas potem pojawiła się ich wspólna córeczka, dla której zupełnie stracił głowę.
Wyglądało na to, że ten stan jest stabilny.

Rok później zaczęło go boleć ramię… Zrobiono biopsję, wycięto kawałek kości i przez kolejne 12 miesięcy miał spokój, a wyniki były tak dobre, że odmówiono mu chemioterapii. Calineczka była wtedy przy nim każdego dnia i może dlatego tak bardzo chciało mu się żyć.

Rok później nastąpił przerzut, kolejna operacja i pierwsza chemia, którą źle znosił.
Calineczka nie pojawiła się tym razem w szpitalu, nie odbierała też telefonów.
Po powrocie zastał puste mieszkanie i kartkę, że ona musi ułożyć sobie życie od nowa..
Chyba jednak nie była jednak tak niezaradna, jak sądził. Ani tak delikatna…

* * *
Marcin dziś koncentruje się na córce. Mała ma teraz 4 lata. Wie, że do jej 18-tki raczej nie dotrwa, do komunii też chyba nie, bo choroba atakuje go raz po raz. Stara się jak najczęściej być z nią, jeśli to tylko jest możliwe.

Calineczka bywa w kolejnych związkach, od Marcina oczekuje jedynie alimentów i ma żal, że on mało zajmuje się jej synem w chwilach, kiedy lepiej się czuje, bo dzieci powinno traktować się jednakowo…

- może ona ma nawet rację, ale ja nie mam już czasu – kwituje tę jej uwagę Marcin.

* * *

Niestety sytuacja Marcina nie jest wyjątkowa. Kiedy zachorujesz tak poważnie, jak on, najczęściej lepiej sprawdzają się związki krwi i przyjaciele z dzieciństwa niż tzw życiowi partnerzy z mentalnością singla.
.

Mimo to Calineczka nie jest ekstremalnym przypadkiem – zdarzają się również tacy, którzy potrafią znęcać się psychicznie w sposób wyrafinowany i metodyczny nad ciężko chorym partnerem, oczywiście za zamkniętymi drzwiami, jednocześnie pisząc na fb o swojej wielkiej miłości i jeszcze większej rozpaczy….

* * *
Co wynika z tej historii? Nie wszystko jest takie, jakie się wydaje…I jeszcze jedno: czasem pada dużo wielkich słów, a brakuje zwykłej ludzkiej empatii.

wróżka – ze starego bloga…

Mój stosunek do wróżek wyglądał podobnie, jak ten do duchów, niby nie wierzę, ale jednak się boję…

Pewnego razu mój kumpel znalazł się na życiowym zakręcie, trochę na własne życzenie, bo wciskał pedał gazu tak, jakbyśmy już mieli te autostrady, których brak, W ciężkim stanie i powalającej depresji poprosił nie wiadomo dlaczego mnie, żebym pojechała do wróżki i sprawdziła, czy wróci kiedyś do formy i kiedy zacznie chodzić. Nie wierzył w potęgę medycyny, a może to procedury NFZ podkopały w nim tę wiarę.
Po krótkim i mało skutecznym oporze zgodziłam się, zwłaszcza, że to on umawiał mnie telefonicznie. Dwa razy zjechałam z drogi za wcześnie, na szczęście zmotoryzowana wieszczka udzieliła mi przez telefon precyzyjnych wskazówek. Dojechałam. Spodziewałam się chatki na kurzej stopce, ale dom nad wodą był piękny i otoczony wspaniałym ogrodem, który wyglądał, jakby nie dotykała go ludzka ręka dopóki nie przyjrzałeś się uważnie.

Miałam wejść do salonu, z karniszami z powykręcanych gałęzi, prostymi firankami i starymi meblami, rozjaśnionego ogniem kominka. W pobliżu leżały dwa psy, o moją nogę otarł się czarny kot i poszedł dalej swoją drogą. Były szklane kule i łapacze złych snów, napisy runiczne i jeszcze inne nieznane mi bliżej gadżety.

Spodziewałam się więc czarownicy, z jakimś ptakiem na ramieniu. Weszła długowłosa kobieta trochę przypominająca Yennefer z „Wiedźmina”. Uśmiechnęła się szeroko i zaprosiła do gabinetu wróżb. Dreszcz przebiegł mi po plecach, bo wszystko wydawało mi się niesamowite, a jednocześnie było tak pięknie.

Potem Ona kazała mi się rozluźnić i wspomniała coś o pozamykanych czakrach… Jeszcze mała medytacja, która zajęła mi sporo czasu, bo jakoś kiepsko mi szło i przeszłyśmy do meritum …

Pierwszą kartą, jaką wyciągnęłam za Grzegorza była XIII – Śmierć,.. Powiało grozą. Okazało się jednak, że to karta oznaczająca przełom, bolesne zamknięcie jednego etapu, że by przejść do nowego.
Yennefer znakomicie odbierała nastroje Grześka i jego katastroficzne myśli. W sumie pamiętam, że nie obiecywała złotych gór, wspomniała coś o wewnętrznej przemianie i dała dużo nadziei. Wyglądało na to, że Grzesiek będzie chodził, choć lekarze mieli wątpliwości. Miałam przerobić z nim najprostszą medytację i powtórzyć kilka razy.
Potem dostałam kawę i książeczkę o hunie…Kazała przez najbliższe dni stale przy nim być …
Zapłaciłam, biorąc pod uwagę czas, jaki mi poświęciła nasza wróżka, lekcję medytacji, kawę i pożyczoną książeczkę, suma nie była zawrotna.
Przekazałam mu wszystko to, co zapamiętałam. Wydawało się, że było to dla niego ogromnie ważne, ta nadzieja. Lekarze i rehabilitanci też robili, co mogli, ale na psychikę pacjenta zadziałała głównie ta przepowiednia – zaczął chcieć…

Stan Grzegorza się poprawiał, obydwoje próbowaliśmy medytacji, która wyciszała nie tylko jego, książka od naszej czarownicy ładowała go pozytywną energią…Same plusy.

Jakiś czas później spotkałam tę Yennefer – była psychologiem specjalizującym się w leczeniu uzależnień. Mówiła, że zalecenia wróżki na niektórych działają bardziej motywująco niż porady terapeutki….

Zastanawiasz się, kim jest Yen? Ja w to nie wnikam….liczą się efekty.

znajdę to niebo….

Dzień Matki to radosne święto, ważne nie tylko dla dzieci i ich mam.

Dla ciemnowłosej dziewczynki jest to czas trudny i bolesny, ponieważ mamę niedawno straciła. Jest dzielna i twarda. Nie płacze.

- Nie muszę płakać, tak,żeby inni to widzieli, bo i tak wszystko we mnie płacze. W środku….za mamą -dodaje- ale nie musisz o tym mówić.

Na szczęście mama podarowała jej misia, który ją zastępuje, kiedy małej jest smutno i źle. Od czasu, jak go dostała, a było to wtedy, kiedy mama zachorowała na agresywny nowotwór kości, nigdy się z nim na dłużej nie rozstaje.

- Kiedy mocno się do niego przytulisz, możesz poczuć zapach mamy.

Podaje przytulankę i rzeczywiście, miś pachnie perfumami Galadrieli.

-Moja mama dała mi ten medalion. Zobacz, z tej strony to ja – dzidzia i mama, a z drugiej jest napis: „Jesteś moim spełnionym marzeniem:) Jestem zawsze przy Tobie – Mama”.
Jak będę duża zbadam kosmos, zbadam czarne dziury i znajdę to Niebo. I zobaczę, czy mojej mamie dobrze w nim jest….

Wierzę, że małej dziewczynce uda się kiedyś zrealizować plan badania kosmosu, tak, jak
jestem pewna, że Galadriela jest zawsze blisko swojego najukochańszego Spełnionego Marzenia, bo takich marzeń nigdy się nie porzuca na zawsze.

Szczęśliwej drogi, Galadrielo Noldor….

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * Dominice znanej też jako Galadriela

* * *

Galadriela Noldor, waleczna wojowniczka o spiczastych uszach elfa, jednak odeszła, choć wierzyłam, że pokona swoje przeznaczenie…
Misia, Myszka, Ninia, Dominko, Gwiazda Ewinga rozjaśnia teraz swoim śmiechem gwiezdne przestrzenie, ogarnia uważnym spojrzeniem niebieską rzeczywistość.

Zabrała w tę podróż tylko swoją czerwoną, ognistą sukienkę i ulubione szpilki. I jeszcze misia od ukochanej córeczki, która była jej spełnionym marzeniem.

Nie znam nikogo, kto byłby tak charyzmatyczny, dzielny, odważny i wytrwały w walce z chorobą mimo strasznego bólu, nieprzyjaznych rokowań i przekonań medycznego świata i kto tak mocno, jak Ona, kochałby życie i z taką determinacją tego życia się trzymał, kto mimo wielkiego cierpienia tak mocno potrafił kochać ludzi.

Galadriela umiała rozmawiać na temat swojej choroby, jednocześnie potrafiła je3dnak zarazić swoim optymizmem i hartem ducha sceptycznych, a czasem również cynicznych lekarzy.
Nie złamała się nawet wtedy, kiedy przestała chodzić. A nie jest to łatwe doświadczenie również dla dla kogoś o połowę mniej dynamicznego niż Ona. Do końca wierzyła, że Los się odwróci albo coś obudzi ją z tego przerażającego snu…Jak my wszyscy w okół Niej.

Życie zsyłało jej wielu nieoczekiwanych sojuszników np. ojca, którego nie widywała przez całe swoje dzieciństwo, a który teraz trwał przy niej i walczył o każdą sekundę jej istnienia rozpaczliwie chwytając się niekonwencjonalnych środków leczenia.

Galadriela łatwo zjednywała sobie sympatię zupełnie obcych ludzi, nawet tych skażonych rutyną.
Operacja kręgosłupa, ratująca życie, na długo nie pomogła, za to ją osłabiła. Nie można było już jej dać chemii, która pewnie jak zawsze postawiłaby ją na nogi. Nie pomogło przetaczanie krwi ani płytki.

Wbrew temu, co usłyszała na pierwszej wizycie u onkologa, przeżyła 8 zamiast 3 kursów chemioterapii. Gdyby nie dwukrotne naświetlania, na które za każdym razem zareagowała źle, pewnie nadal by żyła.
Gdy nie można było już nic zrobić, młoda lekarka malowała jej w swoim prywatnym czasie paznokcie, bo Galadriela Noldor nadal ceniła ich piękny wygląd i delikatnie gładziła jej ręce umawiając się na pyzy w znanym staromiejskim barze. Może miała jak my nadzieję, że uda się zakląć jakoś rzeczywistość, bo znała przecież rokowania….

Polubiła Galadrielę bardziej niżby chciała, wzruszała się mocniej niż zakładała, stale podziwiała jej odwagę i determinację, jej niesłabnący optymizm i poczucie humoru.
Ktoś przebiegł dla naszej Gwiazdy Ewinga maraton, ktoś modlił się, ktoś przywiózł jakąś cudowną wodę, a dziecko oddało dla Niej swoją ulubioną przytulankę w nadziei, że pomoże.
Jednak nic nie pomogło… Galadriela odeszła próbując odetchnąć jeszcze raz i jeszcze raz. Zasnęła w samo południe.

Żegnały ją dziewczyny ze szpitala, które niejedną śmierć już widziały, jakby była dla nich kimś najbliższym. I rzesze znajomych i znajomych znajomych i ludzie całkiem obcy.
Jakiś nieznany chłopak klęczał przy Niej i płakał, nie wstydząc się wcale tych łez.
Jej dziecko starało się być tak dzielne, jak mama, kurczowo tuląc do siebie misia noszącego jej imię.

Galadriela odeszła, ale jednak nie przegrała.
Nie każdy może być wybrańcem bogów – oni wybierają najlepszych…. udowodniła to wszystkim na finiszu.

Wywalczyła sobie bonus – kilka dodatkowych miesięcy życia.
Pokazała, że ten czas najlepiej wykorzystać na bycie z ludźmi, na cudowne urodziny córeczki, na przepiękne Święta Bożego Narodzenia i radosnego Sylwestra, kiedy jeszcze tańczyła. Prawie każdy z jej otoczenia dostał wtedy od niej jakiś upominek z optymistycznym przesłaniem….Brała więc chyba pod uwagę każdą możliwość.

Czy płakała nad swoim nieuchronnym przeznaczeniem w ostatnim miesiącu, kiedy choroba błyskawicznie postępowała? Pewnie tak, ale ja tego nie widziałam.
To my płakaliśmy …z bezsilności i rozpaczy.

Do zobaczenia Galdrielo Noldor, mam nadzieję w szczęśliwej, słonecznej rzeczywistości wolnej od chorób zwłaszcza takich, jak podstępny mięsak Ewinga.
Szczęśliwej Drogi! Będziemy tęsknic, ja na pewno.

* * *
Lekarzom chciałabym przypomnieć, że pacjent ma prawo do informacji na temat rokowań, ale też wg mnie ma również prawo do tego, żeby ich nie poznać, jeśli taki jest jego wybór. Mam tu na myśli ostatnie stadium.
Galadriela nie chciała tych informacji i wielokrotnie to podkreślała. I moim zdaniem informowanie jej wbrew jej wyraźnej woli było naruszeniem jej praw człowieka,było też brakiem szacunku i arogancją.

Co może zrobić z taką wiedzą pacjent przykuty do łóżka?
Skoczyć na bungee , zalać się w 4 litery, pojechać na Wyspy Szczęśliwe czy sięgnąć po prochy?

Czemu ma służyć ta wiedza, jeśli jej nie chce i wyraźnie to oświadcza??? Dobremu samopoczuciu lekarzy co najwyżej, ale warto pamiętać, że na poczatku to właśnie medycy utwierdzali ją w przekonaniu, że nic jej nie jest, że to co najwyżej histeria….

* * *
Na mięsaka Ewinga w Polsce choruje około 30 osób. Mało prawdopodobne jest, aby ktoś wyłożył pieniądze na badania nad lekiem na ten rodzaj nowotworu…

Spotkanie z Szarką, wilczą nastolatką

dla Aleksandrynki:)
nie znalazłam drugiej części książeczki o Szarce, więc ją dla Ciebie napisałam:)
* * *
Rozdział I

Minęło pól roku od kiedy Gabrysia rozstała się z Szarką, młodym wilczkiem, którego dostała od dziadków. Teraz znów dziewczynka jechała z mamą do babci, tym razem na wakacje. Zastanawiała się, co się teraz dzieje z wilczym szczeniakiem. Wiedziała, że suczka prawdopodobnie żyje w swoim rodzinnym stadzie i że tak jest dla niej lepiej. W końcu ona, Gabrysia, też nie zrezygnowałaby na zawsze ze swojej ludzkiej rodziny, przyjaciółek i szkoły. Mimo to tęskniła za małą dzikuską, choć nie liczyła na ponowne spotkanie.

Kiedy już dojechały z mamą do domu babci, przywitały się i rozpakowały, Gab wyszła na dwór i rozejrzała się. Otoczenie było zupełnie inne niż zimą, teraz podwórko pokrywała je zielona trawa, nie śnieg.

- Dziadku, czy wilki pojawiają się czasem tutaj?

- A wiesz, że nie. Od zimy ich tu nie widziałem. Bo wtedy przez jakiś czas podchodził tu do nas młody wilczek. Pewno to twoja Szarka. Później przestała, pewnie wataha przeniosła się w inne strony.

- Szkoda, dziadku.

- Ale nasze owce pewnie tego nie żałują. Chodź na obiad, wnuczko.

Po południu Gabrysia postanowiła pójść do lasu na jagody. Podobno było ich dużo tego lata, a babcia obiecała zrobić z nimi pierogi. Rzeczywiście, rosło ich zatrzęsienie i Gabi szybko uzbierała cały dzbanek. Wracając do wsi spotkała dziewczynkę, którą już widziała w pobliżu starego drewnianego domku, który sąsiadował z podwórkiem dziadków.
Okazało się, że rodzina dziewczynki przeprowadziła się tutaj całkiem niedawno i czuła się nieco wyobcowana.
Dziewczynka już słyszała o Gabi i nie mogła się doczekać, kiedy ją wreszcie pozna.

- Cześć! Jestem Marta. Twoja babcia opowiadała mi o tobie. I o Szarce. Pewnie było ci smutno, kiedy wilki się o nią upomniały. Ciekawe, gdzie teraz jest wilczek, który bawił się z ludzkim dzieckiem – zastanawiała się Marta.

- Gabi – odpowiedziała Gabrysia i przyjaźnie wyciągnęła rękę jednocześnie uśmiechając się. Też o tym myślę. Może wilki przeniosły się gdzie indziej albo są gdzieś w głębi lasu.
* * *
Rozdział II

Marta i Gabi szybko się zaprzyjaźniły się i odtąd razem spędzały mnóstwo czasu. Jeździły na rowerach, kąpały się w pobliskim jeziorku i chodziły na jagody. W mieście rodzice wszędzie odwozili Gabrysię i ją odbierali, ale tu nie było takiego zwyczaju. Dzieci traktowało się bardziej poważnie, ale też miały więcej obowiązków. Marta pomagała swojej mamie w ogrodzie, sama chodziła na zakupy do pobliskiej wioski i opiekowała się małą siostrą.
Gabi za to miała więcej wolnego czasu, więc czasem sama wędrowała do lasu i wypatrywała Szarki. Niestety, bezskutecznie.
* * *
Rozdział III

Tymczasem półroczna wilczyca zupełnie zapomniała o dziewczynce. Teraz uczyła się polować, lubiła też zabawy z innymi wilczkami i gonitwy po puszczy. Czasami ruszała na samotne wyprawy, choć rodzice karcili ją za to, bo bezpieczniejsze dla niej było życie w opiekuńczym stadzie.
Szarka jednak poznała już inny ludzki świat i czasem miała ochotę na chwilę do niego powrócić, bo jak każdy szczeniak była ciekawska, trochę lekkomyślna i zbyt odważna.
Pamiętała złego człowieka, który ją porwał od matki i wiedziała, że ludzi trzeba unikać. Ale przypominała sobie też pieszczoty Gabi i zabawy z nią, a i smaczne jedzonko w zawsze pełnej misce. Postanowiła jeszcze raz zobaczyć to miejsce.
* * *
Rozdział IV

Pewnego słonecznego dnia mała wadera wybrała się na skraj lasu, a powiew wiatru przyniósł znajomy zapach….
Szarka długo szukała w pamięci, aż naraz przypomniała sobie. To przecież zapach dziewczynki, która była dla niej taka dobra. Postanowiła pójść za znajomą wonią.
Pobiegła przed siebie i na pobliskiej polance ujrzała 2 ludzkie istoty. Z radosnym piskiem rzuciła się do Gabrysi, która jednak wcale jej nie poznała.

Po upływie 6 miesięcy Szarka w niczym nie przypominała wilczka, jakiego poznała Gabi. Teraz wyglądała jak prawie dorosły wilk. Gabi nieco się wystraszyła, ale stała spokojnie i powoli wyciągnęła rękę w jej stronę.
Natomiast Marta podniosła taki wrzask na jej widok, że wszystkie ptaki poderwały się z gałęzi i odleciały.

- Ratunkuuuuu!!! Wilk! Wilk! – Marta krzyczała jak opętana, a jej całe ciało dygotało z przerażenia.

Gab była też nieco zaniepokojona, ale szybko opanowała się. Po chwili rozpoznała głos swojej Szarki i jej wierne spojrzenie.

- Cicho – powiedziała do koleżanki- to Szarka. Zobacz, jak ją przeraziłaś.

- Mówiłaś, że to wilczę, a nie dorosła wilczyca – rzuciła jeszcze drżąca Marta.

- Bo nie jest dorosła. Chodź tutaj, malutka – Gabriela wyciągnęła rękę i pogłaskała szorstką sierść- to teraz już nastolatka, ale jest przyjazna i chyba ogłuszona twoimi przeraźliwymi krzykami.

Szarka ucieszyła się i jak wesoły szczeniak pomachała ogonem. Chciała pokazać dziewczynce, że u niej wszystko OK. Ta przytuliła się do niej na chwilę. Czochrała dłonią jej twardą sierść, drapała za uszami. Szarka potulnie poddawała się tym pieszczotom.
Gabrysia jednak zrozumiała, że nie powinny się spotykać. Wilki tego nie zaakceptują. Nie chciała, żeby jej ulubienica poczuła się odrzucona przez stado.

- Kocham Szarkę, ale miłość musi być ODPOWIEDZIALNA. Szarce bardziej niż ja potrzebna jest wilcza rodzina. To ona ją wszystkiego nauczy, zrozumie ją najlepiej. Teraz to zrozumiałam. To z nimi może być naprawdę szczęśliwa. A tego dla niej chcę…
– Pa, Szarko! Wracaj do swoich!

Szarka odeszła kawałek, a potem się zatrzymała i zawyła przeciągle, jakby chciała pokazać, że już tęskni. Po chwili ruszyła w głąb lasu.

* * *
Rozdział V
Marta wciąż jeszcze stała jak wryta, ciągle blada i przerażona.

- To naprawdę Szarka. Mogła nas zaatakować, a się tuliła… – z niedowierzaniem powiedziała do Gabi. Gabrysia milczała. Także była poruszona spotkaniem z pupilką, które wydawało się nierzeczywiste i nieprawdopodobne.

Dziewczynki wróciły do domu, a wilczyca do swojego stada. Nikomu nie opowiadały o tym wydarzeniu, bo bały się o bezpieczeństwo Szarki. Ludzie ze strachu o swoje owce mogliby zrobić jej krzywdę.
Miały teraz wspólną tajemnicę, co jeszcze bardziej je związało. Marta podziwiała odwagę Gabrysi, a Gabi to, że Marta potrafi dotrzymać słowa. Stały się teraz prawdziwymi przyjaciółkami. O spotkaniu takiej dziewczynki Gabrysia zawsze marzyła
* * *
Rozdział VI

Tego wieczoru Gabrysię czekała niespodzianka. Wracała właśnie z przejażdżki rowerowej po okolicy, kiedy zobaczyła dziwny samochód terenowy w kolorze różowym…

To ciocia Klaudia, zwariowana siostra jej mamy, przyjechała w odwiedziny do rodziców. Przywiozła ze sobą ogromny koszyk, przykryty kocykiem w kolorze magenta, a w tym koszyku coś, co się ruszało i popiskiwało.

Gabi zajrzała pod kocyk i zobaczyła małego, wesołego bokserka.
Piesek natychmiast chlasnął ją po twarzy wilgotnym jęzorem i wesoło zakołysał zadkiem.
Ciocia wystawiła go na podłogę, a on polizał rękę dziewczynki i natychmiast zrobił siusiu.
Gabrysia od razu wzięła go na ręce. Miał króciutką miękką sierść i nie nadawał się do mieszkania w budzie…

- Jest twój – powiedziała ciocia- Szarka będzie twoją przyjaciółką z daleka, a on będzie zawsze z tobą.

- Naprawdę mój? – z niedowierzaniem zapytała Gabriela – dzięki – i po chwili uwiesiła się ciotce na szyi.

Maluch był prześliczny, radosny i słodki. Na przemian jadł, pił, wszystko obśliniał i lał co chwilę.
- Jak go nazwiesz? – zapytała mama.

-Może SŁODZIAK – zaproponowała Marta.

-Chyba bardziej pasuje Lejek – roześmiała się ciocia.
-Ja nazwę go chyba Kiwi, bo jest w kolorze tego owocu i tak samo słodki – zachwyciła się Gabrysia.
Wszyscy stwierdzili, że to dobry pomysł.

Tak więc marzenie Gabi spełniło się. Miała wreszcie swojego kochanego pieska, którego mogła głaskać, tulić, tresować i oczywiście kochać:)
– Pamiętaj. że musisz się nim zajmować również wtedy, kiedy przestanie cię już tak zachwycać – powiedziała ciocia Klaudia.

- Przecież wiem. Miłość musi być odpowiedzialna – odparła Gabriela – to przecież jasne

- To dobrze. Znam wielu dorosłych, dla których wcale to nie jest takie oczywiste – roześmiała się ciotka.

* * *
Rozdział VII

Rankiem następnego dnia Gabrysia ściskała Martę na pożegnanie.

- Przyjadę tu za parę miesięcy – mówiła do koleżanki – Kiwi nie będzie już takim słodziakiem, tylko psim nastolatkiem.

- Będę tęsknić – płaczliwym głosem powiedziała Marta- za tobą i za Kiwim.

- Przecież możecie sms-ować i mailować, a we wrześniu zapraszamy cię do nas w odwiedziny – powiedziała mama Gabi- jasne, że z rodzicami. Jeszcze się sobą znudzicie.

- Nigdy – zaprotestowały równocześnie, tak, jak to robią prawdziwe przyjaciółki.

Po chwili mama, Gaba i Kiwi wsiedli do samochodu i odjechali.
Marta razem z ciocią Klaudią długo patrzyły za nimi i machały im ręką.

SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU:)

SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU:)
NIECH ZEGARY ODMIERZAJĄ NAM W 2014 WYŁĄCZNIE SZCZĘŚLIWE GODZINY,
NIECH PROBLEMY ROZWIĄZUJĄ SIĘ SAME i ZAWSZE NA NASZĄ KORZYŚĆ,
DO TEGO ŻYCZĘ TOBIE I SOBIE TYLKO TRAFNYCH WYBORÓW I SAMYCH PRZYJEMNYCH NIESPODZIANEK
I MORZA MIŁOŚCI, OCEANU SERDECZNOŚCI I ZDROWIA. DO SIEGO ROKU:)

oby był lepszy niż poprzednik

wigilia z Galadrielą:)

W ostatni wigilijny wieczór wszyscy zebrali się już w domu dziadków i czekali jedynie na Galadrielę.

Mijał 2-gi dzień po kolejnej chemioterapii i nie było pewne, jak dziewczyna będzie się czuła. Obiecała jednak, że przyjedzie na pewno. Cała rodzina spodziewała się jej bladej i apatycznej, choć nie wygląd Galadrieli był tu istotny, ale jej obecność. Najważniejsze, że te święta spędzą znów razem. Jasnowłosa i tym razem ich zaskoczyła.

Kiedy energicznie weszła w swojej nowej, czerwonej sukience, wesoło uśmiechnięta i obładowana mnóstwem kolorowych paczuszek, bił od niej taki power i radość, że nikt nie posądziłby jej o jakiekolwiek problemy ze zdrowiem.

Naraz zrobiło się przy niej gwarno i tłoczno, bo wszyscy w tej samej chwili chcieli ją uściskać, przytulić i obślinić policzki. Każdy miał akurat teraz coś ważnego do powiedzenia. Nawet pies szczekał radośnie i machał ogonem. Jak zwykle powstał zamęt, który tak lubiła. I jak zawsze skupiła na sobie całą uwagę:)

Potem wszystko potoczyło się już zgodnie z tradycją – odczytanie stosownego fragmentu z Biblii, dzielenie się opłatkiem, najserdeczniejsze życzenia i kolacja absolutnie tradycyjna, taka, jaką lubili – z tymi wszystkimi uszkami, pierogami, wigilijna kapustą, karpiem itp.

Oprócz upominków dla każdego i ryby Galadriela przywiozła im coś jeszcze – przypomniała o tym, co najważniejsze:

– Ciesz się każdą nadarzającą się chwilą spędzoną z bliskimi:)
nie myśl o tym, co będzie jutro, ale staraj się pamiętać o każdym życzliwym Ci człowieku.

Ta wigilia pełna była dobrych życzeń i uśmiechów, żartobliwych rodzinnych „jazd” przyprawionych szczyptą złośliwości, która dodała wyrazistości świątecznemu spotkaniu. Od pozostałych wigilijnych wieczorów różniła się tym, że oprócz tradycyjnego kolędowania, wszyscy zagrali w kalambury, które Mikołaj sprezentował dziecku pod choinkę.

W grze wzięli udział wszyscy – od kilkulatka do 80- latka. I trzeba przyznać, że dobrze się bawili. Zwłaszcza kiedy skojarzenia były bardzo odległe od prezentowanego hasła, może z powodu kiepskich zdolności aktorskich albo braku wyobraźni odgadujących.

Potem wrócili do rodzinnego kolędowania (na pewno nie dla Twoich wrażliwych uszu), biesiadowania, plotkowania i rozmów „grupkowych” (grupka damska, grupka męska, grupka rodzicielska itp.). Z choinką w tle.

* * *

Niektórzy nie lubią rodzinnych świąt, które wydają się im nudne, ale Galadriela kocha te swoje wigilie. Twierdzi, że jest w nich ciepło, energia i moc, która ładuje pozytywnie.
Zdarza się czasem, że ktoś wyjeżdża na 2 kolejne dni świąt, ale w wigilię nigdy! I niech tak zostanie jak najdłużej:)

o prezentach pod choinkę a może o magii świąt:)

Wracałam w ponure, grudniowe popołudnie autobusem, wlokącym się przez miasto w ślimaczym tempie z powodu korków.

W pewnym momencie zaczęłam przysłuchiwać się rozmowom najbliższych pasażerów, bo dotyczyły one gorącego również dla mnie tematu czyli świątecznych upominków.

Dwie kobiety rozmawiały o prezentach pod choinkę dla każdego z kilkunastoosobowej rodziny, w której każdy miał coś kupować każdemu. 40 -tka usiłowała narzucić 30-tce 2 – krotnie wyższą kwotę przeznaczoną na jedna osobę, natomiast ta druga przekonywała, że takie same rzeczy można kupić w niższych cenach np. na Allegro i że nie chce brać kredytu na świąteczne upominki.

Starsza jednak nie odpuszczała sugerując, że tańszy prezent zgasi uśmiech na twarzy dziecka,a i dorosły będzie rozczarowany. A ona tak chciałaby, żeby każdy był szczęśliwy….

Jakoś nie zauważyła, że jej propozycja już zgasiła radosne nastawienie do świąt młodszej kuzynki, najwyraźniej przytłoczonej wizją wydania 2x większej kasy.

Pomyślałam sobie, że ja na miejscu Mikołaja dałabym 40-tce wyłącznie rózgę z markową metką …no, ale brodaty staruszek zrobi, jak zechce:)

Problem wyboru upominków świątecznych był tego dnia chyba powszechny,bo prawie
równocześnie ten sam temat poruszało,jak się później okazało, młode małżeństwo. Siedzieli naprzeciwko siebie, on masował jej łydki, żeby, jak twierdził, ją zrelaksować i zastanawiał się, co wybrać dla rodziców.

- A co kupimy twojej mamie? – zapytał – Może jakąś bransoletkę albo wisiorek?

- Ona wolałaby, żeby zapłacić jej rachunek za światło – westchnęła drobniutka brunetka – już z nią o tym rozmawiałam.

- Zapłacony rachunek położymy pod choinką? Przykro jej będzie, nie no, kupmy jej raz coś wyjątkowego – zaoponował.

- Ale ona woli wyjątkowo być bez długów i bez niepraktycznego prezentu…

- No, pomyślimy jeszcze. A ty co byś chciała? Może jakieś extra buty, widziałem takie za 800, ale można zobaczyć wyprzedaże i zapłacić mniej.

- Ja bym raczej wolała zapłaconą ratę za samochód – uśmiechnęła się dziewczyna.

- Ale romantyczne kobiety mi się trafiły – roześmiał się chłopak -matka myśli o rachunkach, a jej córka o ratach. Ale ja chcę coś specjalnego i zarąbistego – dodał.

- To już masz – podsumowała Ona patrząc na obrączkę na swoim palcu.

- Fakt, no to w tej sytuacji już nie musisz mi nic kupować – znowu się uśmiechnął.

- Wiem, ze nie muszę, ale może chcę – odpowiedziała.

Jakoś nie wyglądali na nieszczęśliwych, choć najwyraźniej ich Gwiazdor nie miał zamiaru zadbać o markowe podarunki.

* * *

Fajne, wymarzone prezenty są ważną częścią świątecznej atmosfery, ale magia świąt niekoniecznie polega na popadaniu w spiralę kredytową, raczej na byciu razem i poczuciu tej jedności mimo wszelkich różnic. A Ty co myślisz o magii ŚWIĄT?

* * *

Magicznych Świąt mimo wszystko:)

Grafen a Kasia T. czyli jak przyspieszyć badania???

Wyniki badań nad grafenem w leczeniu nowotworów są rewelacyjne, przede wszystkim dotyczy to glejaka, ale myślę, że i wielu innych, ponieważ grafen może być wykorzystywany nie tylko do skutecznego niszczenia komórek nowotworowych, ale i do dostarczania do nich leków. Na dodatek podobno jest stosunkowo mało toksyczny.

Niestety, z powodu braku środków, procedur i zainteresowania określonych środowisk jedynie intratnym leczeniem zamiast radykalnego wyleczenia wdrożenie go może potrwać nawet KILKANAŚCIE lat.

Czy, żeby to zmienić, musi zachorować Kasia T., której tego, podobnie jak nikomu innemu, wcale nie życzę?
Wtedy na pewno udałoby się jakoś zmobilizować środki, zmienić procedury, przejść szybciej do badań klinicznych…. Skoro są pieniądze na stare czołgi, na różne medialne parady i igrzyska to i na ten cel powinny również, a może przede wszystkim się znaleźć…

Ja chciałabym wiedzieć, czy równie skuteczne jest działanie grafenu na mięsaka Ewinga i inne agresywne nowotwory i o takie badania apeluję do zespołu pracującego w SGGW nad grafenem.

Biorąc pod uwagę prognozy, że co 3 człowiek w niedalekiej przyszłości zachoruje na nowotwór, jest to sprawa wyjątkowo pilna. I dotyczy właściwie każdego.

Anegdotka o statystyce i rokowaniach

Dedykuję Galadrieli w wersji ocenzurowanej:)

Jakiś czas temu przyszedł do onkologa murarz albo brukarz, dziś nikt dokładnie już nie pamięta.

W krótkich, żołnierskich słowach, bez oszczędzania, lekarz obwieścił mu, że wkrótce będzie wąchał kwiatki od dołu, a medycyna nie ma tu nic do roboty, bo sytuacja jest beznadziejna.

- Co mi tu,Pan, k…a p…….sz! – wkurzył się pacjent – Jakbym był zdrowy, to nie miałbyś nic do roboty! Jesteś lekarzem??? To niepotrzebnie cię tu postawili, a ja nie mam, jak gadasz, nic do stracenia.

I dwumetrowy koleś zrobił 2 kroki do przodu, a miał spojrzenie mordercy….

- No, nie całkiem nic. Dostanie Pan czerwoną chemię, Jak Pan przeżyje, to może i ma pan szanse – przestraszony lekarz zmitygował się trochę, bo murarz wyglądał na zdeterminowanego.

- I tak było mówić od razu – napakowany koleś uspokoił się nieco – Ty robisz swoje, ja swoje, a resztę zobaczymy.

* * *
Minęło 10 lat, a murarz wciąż żyje. W dodatku nie wygląda na chorego. Może za mało w nim wiary w statystyki i w nowoczesną medycynę?